Recenzja “The Social Reckoning”, czyli kontynuacji hitu sprzed lat! To już zupełnie inny Facebook…
Aaron Sorkin znowu wziął się za Facebooka. Dostaliśmy film sprawny, błyskotliwy i momentami naprawdę wciągający, ale… no właśnie, co się nie udało?
Wszystkie recenzowane filmy oglądamy osobiście i przedpremierowo w kinach. Nasze opinie bazują na latach doświadczeń i są pełne szczegółów, które doceni każdy prawdziwy kinoman.
Recenzja kinowego filmu “The Social Reckoning” – czy świetne obsada to gwarant sukcesu?
Historia zabiera nas do 2019 roku, kiedy Frances Haugen, grana przez Mikey Madison, odkrywa niepokojące mechanizmy w zespole dbającym o bezpieczeństwo wyborów. Z jej wyliczeń wynika wprost, że algorytm sam wpycha użytkowników w ramiona radykałów, a większość członków skrajnych grup trafiła tam z rekomendacji portalu. Szefowie nie chcą jednak słyszeć o zmianach, bo popsułoby to wyniki zaangażowania.

Frances postanawia więc pomóc reporterowi Jeffowi Horwitzowi z “Wall Street Journal”, w którego wciela się Jeremy Allen White, przygotowującemu głośne śledztwo znane jako “The Facebook Files”. Obserwujemy też Marka Zuckerberga z twarzą Jeremy’ego Stronga, szykującego się na trudne pytania w Kongresie, podczas gdy w tle wybucha szturm na Kapitol i krzyżuje jego plany. W pozostałych rolach pojawiają się jeszcze Bill Burr, Wunmi Mosaku, Betty Gilpin czy Billy Magnussen.
Zachęcamy do sprawdzenia naszych recenzji najnowszych filmów i seriali w kinach oraz na VoD:
- ZOBACZ: RECENZJA filmu “Verity”. Hathaway, Johnson, Hartnett – co za obsada! Warto obejrzeć?
- ZOBACZ: Nowa “Carrie” jest inna, niż się spodziewasz. Recenzujemy serial od Prime Video!
- ZOBACZ: To nie jest nowy sezon “Detektywa”! Recenzujemy serial “Bracia” od Apple TV
- ZOBACZ: Recenzja najnowszego filmu “Unabomber” od Netflix! Russel Crowe zaprasza na seans
- ZOBACZ: Nowy hit HBO Max? Ten serial od razu zwraca uwagę głośną obsadą

Od razu rzuca się w oczy, dlaczego ta produkcja nie robi takiego wrażenia jak „The Social Network”. Tamten seans był dla nas hipnotyzującą opowieścią o narodzinach internetowego potwora, a tutaj mamy raczej chłodną rekonstrukcję zdarzeń, których finał wszyscy doskonale pamiętamy. Czujemy wyraźnie, że Sorkin za kamerą nie dorównuje Davidowi Fincherowi, chociaż jego cięte pióro wciąż potrafi zamaskować sporo braków. Ogląda się to dziś niemal jak film historyczny, bo technologia dawno pobiegła do przodu, prosto w ramiona sztucznej inteligencji. Można ponarzekać na drętwą atmosferę i brak prawdziwego napięcia, ale z drugiej strony doceniamy bezkompromisowe oskarżenie rzucone w stronę giganta, dzięki któremu czas płynie w kinie dość szybko. Faktycznie nie czuć czasu trwania filmu zbliżającego się do 2 godzin.

Najwięcej dyskutować można po seansie o kreacji Stronga. Jego Zuckerberg to postać niesamowicie specyficzna, łącząca lodowatą bezwzględność z dziwacznym, niemal nieludzkim zachowaniem. Dawny bohater Jessego Eisenberga był pełen emocji i kompleksów, natomiast u Stronga widzimy człowieka zupełnie skamieniałego, sztywnego, sztucznego. To niemal jednoznaczny czarny charakter, któremu reżyser odebrał jakikolwiek spryt. Dlatego naszym zdaniem to duet Madison i White ciągnie tę historię do przodu. Ona wnosi na ekran mnóstwo energii, pokazując idealistyczną dziewczynę z pokolenia Z, a on świetnie portretuje zmęczonego, uczciwego dziennikarza. Ich wspólna relacja przypomina specyficzną, pozbawioną romansu komedię kumpelską (choć niektóre sceny zaczynają się tak, jakby miało do romansu dojść) i to właśnie tam trzeba szukać centralnego punktu tego filmu, podczas gdy sceny z szefem platformy traktujemy głównie jako aktorski popis Stronga. Wielka szkoda, że Zuckerberga nie pokazano w jakichkolwiek innych okolicznościach niż te korporacyjne.

Od strony scenariusza Sorkin serwuje nam to, co potrafi najlepiej, czyli szybkie, gęste i dowcipne wymiany zdań, dzięki którym skomplikowane algorytmy dość szybko stają się dla nas w pełni zrozumiałe. Niestety potknięcie widać już na samym początku. Scena z koleżanką Frances wrzucającą do sieci kłótnię z policją wypada strasznie dosadnie, łopatologicznie i schematycznie. Całość oglądamy z pewnego dystansu, jakby twórcom zależało wyłącznie na chłodnym gonieniu za dawnymi nagłówkami z gazet. Mamy też spory żal o finał, w którym z ekranu wylewa się naiwny, podniosły optymizm, kompletnie niepasujący przecież do rzeczywistości, w jakiej wciąż tkwimy.
Rozczarowała nas również warstwa wizualna, mimo że za kamerą stanął Jeff Cronenweth, czyli autor zdjęć do pierwowzoru. Sorkin wciąż myśli jak reżyser telewizyjny i brakuje mu wyobraźni Finchera. Tutaj całą robotę wykonują gadające głowy, a gdy bohaterowie przestają mówić, film natychmiast gaśnie. Podobny chaos czujemy w muzyce. Alexandre Desplat zastąpił duet Trent Reznor i Atticus Ross, ale jego kompozycje wydają się często nieobecne. Przez cały seans muzyka miota się między cichym echem dawnej, chłodnej elektroniki a podniosłymi, tradycyjnymi melodiami. To dobry film dla każdego, kto ceni reporterskie śledztwa i uwielbia styl pisania Sorkina, ale jeśli liczycie na powtórkę z “„The Social Network”, będziecie zawiedzeni.
Zobacz więcej:
- Premiera Bena Afflecka już dostępna w serwisie Netflix! I to taka podwójna!
- Biografia legendy polskiej muzyki już na Netflixie! Dziwne tylko, że bez echa…
- Nowy film z Johnem Ceną już na Apple TV! Obejrzycie?
- Polacy pokochali tę historię. Prime Video wrzuciło na weekend całą kinową trylogię!
- Night City trafi do Hollywood. „Cyberpunk 2077” dostanie aktorski film – mamy szczegóły!