Myślę, że nie. Choć zapewne nikt z nas go nawet nie widział, to chyba trudno byłoby znaleść kogoś, kogo zdziwiłaby jego obecność na nie do końca zaszczytnym pierwszym miejscu.
Filmowe okienko dystrybucyjne z biegiem lat staje się coraz to węższe. Na całe szczęście my, widzowie, nadal z tego korzystamy bez jakichkolwiek skutków ubocznych!
Przynajmniej jeli jesteś wielbicielem polskiego kina familijnego. Choć trzeba szczerze przyznać, że na tym polu radzimy sobie o niebo lepiej, niż w przypadku rynku rodzimych komedii romantycznych.
Ależ ten czas szybko leci... Dacie wiarę, że posiadam to samo konto na Netflixie od dnia, w którym serwis wystartował w Polsce? Dobra, poczułem się staro. Choć nadal jestem znacznie młodszy od filmów, które pod osłoną nocy po cichu zawitały do serwisu!
Węże to takie polskie Złote Maliny, czyli anty-nagrody filmowe. Zamiast nagradzać najlepszych z najlepszych, powstały one po to, aby stygmatyzować najgorszych z najgorszych. Oczywiście - z lekkim przymrużeniem oka!
A gdyby tak rzucić to wszystko w trzy diabły i pojechać na... Podlasie? Jeśli nie jesteście jednak aż tak odważni (bez obaw - prawie nikt nie jest), to wystarczy, że odpalicie Netflixa. Efekt powinien być taki sam.
Każdy, kto śledzi bieg festiwalowy w Polsce doskonale wie, że Dom dobry Wojciecha Smarzowskiego już od momentu swojej premiery, czyli w ramach ubiegłorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, za łatwego życia nie ma i niemal każdą galę rozdania nagród opuszcza bez jakiejkolwiek statuetki lub ewentualnie z jakąś marną nagrodą pocieszenia. Tak przynajmniej było do wczoraj.
Święta to czas dziwów. Skoro nawet zwierzęta mogą w Wigilię przemówić ludzkim głosem, to nic nie stoi na przeszkodzie ku temu, aby reżyser najnowszej wersji Akademii Pana Kleksa stworzył polską produkcję historyczną przeznaczoną do wyświetlania na wielkoformatowym ekranie Imaxa, prawda? Prawda...?