Wielki finał dotychczasowej kariery The Weeknd? Recenzujemy film “Hurry Up Tomorrow”!
To miał być wielki finał dotychczasowej kariery The Weeknd i znakomity film dla każdego, ale “Hurry Up Tomorrow” rozczarowuje niemal pod każdym względem.
Film “Hurry Up Tomorrow”, czyli The Weeknd znów na ekranie. Recenzja
Najnowszy projekt filmowy Abela Tesfaye’a, znanego szerzej jako The Weeknd, zatytułowany “Hurry Up Tomorrow”, to projekt, który od samego początku wzbudzał naszą ciekawość. Powiązany z wydanym w styczniu albumem muzycznym, film ten jest podobno kolejną próbą artysty przeniesienia swojej mrocznej, introspektywnej wizji na ekran, a zarazem, jak zapowiada sam twórca, symbolicznym “unicestwieniem” dotychczasowej scenicznej persony The Weeknd. Za kamerą stanął Trey Edward Shults, reżyser doceniany za takie obrazy jak “Waves”, a scenariusz współtworzył z Tesfaye’em i Rezą Fahimem. W rolach głównych, obok Abela Tesfaye’a grającego postać również o imieniu Abel, zobaczyliśmy utalentowaną Jennę Ortegę jako Animę oraz Barry’ego Keoghana w roli Lee. W obsadzie pojawiła się także Riley Keough jako tajemnicza Dziewczyna z poczty głosowej, której brutalna wiadomość odgrywa pewną rolę w fabule.
“Hurry Up Tomorrow” zanurza nas w labirynt umysłu uzależnionego i udręczonego artysty. Fabuła, o ile można mówić o tradycyjnej fabule, skupia się na Abelu, gwieździe popu balansującej na krawędzi autodestrukcji, otoczonej przepychem sławy, ale jednocześnie pogrążonej w narkotykach, alkoholu i hedonizmie. Film śledzi jego zmagania, inspirowane podobno rzeczywistymi wydarzeniami z życia Tesfaye’a, takimi jak odwołanie koncertu czy utrata głosu. W tę psychodeliczną podróż wplątana zostaje postać Animy, którą poznajemy w sugestywnym momencie, gdy podpala coś, co wydaje się być jej domem. Anima, której imię w napisach końcowych nawiązuje do jungowskiego pojęcia żeńskiego pierwiastka w męskiej psychice, zdaje się pełnić rolę katalizatora, krytyka lub alter ego dla głównego bohatera. Pojawia się także postać Lee, w którą wciela się Barry Keoghan, lawirujący między rolą powiernika a manipulatora. Film czerpie garściami z tekstów piosenek The Weeknd, eksplorując znajome motywy rozpaczy i autodestrukcji, co ma nadać opowieści głębi i autentyczności.
Po seansie “Hurry Up Tomorrow” trudno nam pozbyć się wrażenia, że tytuł, który sugeruje pośpiech ku przyszłości, staje się gorzką ironią. Chociaż wizualnie film potrafi być efektowny – zdjęcia na taśmie 35 mm sprawiają, że szerokie ujęcia krajobrazów Kanady i Kalifornii potrafią “wyskoczyć” z ekranu, a Trey Edward Shults niewątpliwie potrafi budować nastrój za pomocą obrazu – te aspekty nie są w stanie udźwignąć ciężaru rozpadającej się narracji.
Naszym zdaniem, głównym problemem filmu jest jego przytłaczająca samolubność i poczucie bycia rozwleczonym projektem próżności. Zamiast dostarczyć prawdziwego wglądu w duszę artysty zmagającego się ze sławą, film nieumyślnie obnaża głębię urojeń o własnej ważności. Historia o autodestrukcyjnej gwieździe popu nie jest niczym nowym, a “Hurry Up Tomorrow” wypada blado na tle bardziej udanych produkcji o podobnej tematyce, choćby “Vox Lux”. Fabuła jest pozbawiona celu, snuje się bez wyraźnego kierunku, a kluczowe konfrontacje między postaciami pojawiają się zbyt późno. Scenariusz nie daje nam dostępu do głębszych motywacji bohaterów, zwłaszcza postaci dziewczyny z poczty głosowej, która pozostaje jedynie abstrakcją. Metafory, takie jak artysta tracący głos, są boleśnie oczywiste, a nazywanie postaci Anima wprost nawiązaniem do Junga pozbawione jest subtelności.
Reżyseria Shultsa, choć momentami skuteczna w budowaniu nastroju, często popada w przesadę. Nadmierne użycie obracającej się kamery 360 stopni w scenach jazdy stało się dla nas męczące, przypominając wyrzucone materiały z innych filmów. Kiedy kamera się nie obraca, czuliśmy, że jest często wciśnięta w spoconą twarz Tesfaye’a, szukając niuansów w jego grze, których niestety często nie znajdowaliśmy. Choć The Weeknd ma niezaprzeczalną prezencję ekranową i emanuje energią, jego aktorstwo bywa kwestionowane, a miny momentami wydawały nam się godne memów. Mimo to, są momenty, w których udaje mu się przekonująco ukazać udrękę postaci.
Na tle tej artystycznej solipsystycznej podróży, na plus naszym zdaniem wyróżniają się występy aktorów drugoplanowych. Jenna Ortega, mimo że jej postać bywa uwięziona w strukturalnych ograniczeniach filmu (momentami przypominając bardziej agresywną wersję postaci z “Misery”), robi co może, wnosząc potrzebną energię do tej opowieści, zwłaszcza w sekwencjach analizowania tekstów, które jednak same w sobie bywają dla nas nużące. Barry Keoghan, choć szokująco mało czasu spędza na ekranie, zdaje się bawić swoją rolą, z wirtuozerską równowagą żonglując między powiernikiem a manipulatorem – nie wspominając o jego fantastycznych kardiganach. Kiedy Tesfaye i Ortega są razem w kadrze, ich chemia na ekranie rzeczywiście przebija się.
Mimo tych pozytywnych aspektów, “Hurry Up Tomorrow” ostatecznie jawi się nam jako zmarnowana szansa. Film grzęźnie w samouwielbieniu, zbyt mętny i rozwleczony, by stać się czymś więcej niż wewnętrznym żartem twórców. Brakuje mu autoironii, która mogłaby złagodzić ciężar jego wad. Nie oferuje wiele nowego na temat presji sławy i, co gorsza, zdaje się sugerować, że wady bohatera (bycie podłym, narcystycznym) nie wynikają ze sławy, a są po prostu częścią jego charakteru, prosząc nas o brak przejmowania się nimi. W efekcie, mieliśmy wrażenie, że film zamiast zniszczyć personę The Weeknd, zdaje się jedynie ją potwierdzać w nowej, kinowej formie. Trudno oczekiwać, by ten projekt wzmógł apetyt na przyszłe role aktorskie Abela Tesfaye’a.
Zobacz więcej:
- Apple TV+ znowu to zrobiło! Ten serial to HIT wiosny! Już wiemy, że będzie 2. sezon!
- Prime Video bez litości! Nowy serial z gwiazdą Hollywood błyskawicznie skasowany
- Film, który wywołuje skrajne emocje. Jest już dostępny na VoD!
- Trzy polskie filmy w maju na Netflix! Co to za produkcje?
- Max: gigantyczny polski hit z kina już w ofercie! Wreszcie można obejrzeć online



