Home Strefa filmu Recenzje filmów kinowych Blade Runner 2049 – recenzja filmu
Blade Runner 2049 – recenzja filmu

Blade Runner 2049 – recenzja filmu

1.06K
3

Blade Runner 2049 to film stworzony na krawędzi wielu światów. Zarówno jest to dzieło Dennisa Villeneuve’a, reżysera totalnego, z charakterystycznym dorobkiem, jak i twór osadzony w większym uniwersum, oddającym mu hołd, jednak pragnący też zachować swoją autonomiczność. Jest to zarazem obraz osadzony w hollywoodzkim mainstreamie choć tak bardzo oderwany od niego…

/Recenzja nie zawiera spoilerów fabularnych, co najwyżej  subtelnie nakreśla charakter niektórych postaci/

A jednak nie udaje mu się uciec od ograniczeń i ostatecznie uderza w tę samą filozoficzną ścianę, co oryginał, a następnie odbija się od niej i ląduje na wystylizowanej mieliźnie, z której prawie coś udaje mu się powiedzieć, ale jest przytłumiony… Chyba przez to, że istota tego, co chciałby powiedzieć nie była w ogóle od samego początku nazbyt interesująca. Tym bardziej szkoda, gdyż styl Blade Runnera 2049 jest tak artystyczno-emocjonalny, że niemal nie potrzebowałby treści, aby jego wydźwięk powędrował prosto przez receptory zmysłowe po trzewia, ale akurat – w moim odczuciu czegoś tutaj na poziomie scenariusza zabrakło.

Blade Runner 2049 reżyseria Dennis Villeneuve występują Ryan Gosling Harrison Ford

Może to też nie dziwne, zważywszy, że Villeneuve w Hollywood do tej pory kręcił firmy o średnim budżecie (poniżej 50 mln USD) , które stanowiły zwartą sieć mikrozależności, nawet jeśli na ich rozwiązanie i puentę trzeba było czekać do samego końca, a i tak niekoniecznie była namacalna. Dlatego też ja podszedłem do najnowszego Blade Runnera bardziej przez pryzmat warsztatu Villeneuve’a gdyż jak już wiecie, ostatecznie oryginał jest dla mnie filmem, który zrzuciłem z piedestału dawno temu (a ostatnio to odczucie pogłębiłem). Przez to też sama końcówka Blade Runnera 2049 wydała mi się wręcz dość naiwna i prostolinijna…

Osobiście lubię powolne, wręcz „agonalne” kino, które wykręca statycznymi subtelnie przesuwającymi się o milimetry ruchami kamerami oczekiwania widza i wyciąga go na próbę. Nie oszukujmy się też, Roger Deakins, jeden z najwybitniejszych operatorów kamery w branży, potrafiłby nawet zrobić dzieło sztuki z menela spod Biedronki odpalającego nieudolnie szluga na deszczu. Film od strony wizualno-reżyseryjnej wygląda jak arcydzieło kina światowego wszech czasów, choć nie mogę tego samego powiedzieć o jego filozofii, która jest generalnie dosyć płytka. Przy czym generalnie wyznaję zasadę, że ocena jakiegokolwiek dzieła sztuki to suma wypadkowa doświadczenia (i tego co my też „wniesiemy” od siebie do jego odbioru), a każdy z nas ma je inne.

Blade Runner 2049 Luv Sylvia Hoeks

Ostatecznie jeśli akurat komuś pasował taki przeciągnięty, niejednoznaczny klimat z subtelnymi skokami, to powinien odnaleźć się także tutaj, nawet jeśli tempo (o ile można w to uwierzyć) jest tu jeszcze powolniejsze. Widząc po przyjęciu filmu, które jest bardzo dobre, pomimo tego, że finansowo rozczarowujące (ktoś ładnie to ujął, że najwidoczniej oryginał jest kochany „głęboko ale nie szeroko”) – udało się poszanować specyficzny fandom marki. Z drugiej strony, jeśli kogoś – tak jak mnie – rozczarowała strona filozoficzna wersji Scotta, to jest też spora szansa, że tak samo będzie i tutaj. Tak czy inaczej, trzeba pogratulować Villeneuve’owi, że w tym balansowaniu pomiędzy wspomnianymi na samym początku tekstu sferami, udało mu się zachować odrębność (nawet jeśli nie czuć jego ręki aż tak jak we własnych, autorskich projektach), a jednocześnie pogodzić specyficzny styl i wydźwięk oryginału.

Mnie osobiście jednak to nie pomaga, bo widzę tutaj zadatki na transcendentalne arcydzieło, daleko wykraczające poza ramy filmu gatunkowego, ale ilość wirtuozerii jest spłycona przez warstwę filozoficzną. Ta, nawet jeśli ma coś do powiedzenia, to mam wrażenie, że tutaj też na niekorzyść filmu działa taka naprawdę poszerzona mitologia. Przez wprowadzenie kilku rodzajów androidów, które tak naprawdę z perspektywy dosłownej dla widza niekoniecznie różnią się od siebie (nawet jeśli stoi za tym głębsze założenie), co prowadzi do tego, że niekoniecznie musi nam na tym – czy też na powiązanej walce klas – zależeć. Oczywiście Oficerowi K w sukurs przychodzi obiekt jego uczuć, Joi, która jest jeszcze mniej ludzka niż on sam (jest czymś w rodzaju zaawansowanego hologramu) i dlatego jako tako ten temat ma ręce i nogi, choć w tym przypadku przypomina mi nieco kwestie romantycznych relacji z AI z „Her” Spike’a Jonze’a. Ostatecznie chyba w kontekście całości, o ile stał za tymi wszystkimi pomniejszymi wątkami tematyczny zarys, który mógł fajnie wyglądać na papierze, wydaje mi się, że gdzieś w odcieniach szarości zagubiły się puenty, bądź nie do końca udało się je przeszczepić w kompletny sposób ze scenariusza na celuloid.

Blade Runner 2049 K Ryan Gosling

Nawet jeśli świat jest w pewien sposób bogatszy, to pewne wątki są jedynie minimalnie nakreślone i zasugerowane, ale niezbyt eksplorowane (nawet jeśli same w sobie mogłyby być fascynujące). I nie chodzi o to, że domagam się dopowiedzenia każdej drobnostki, bo bardziej nawet szanuję filmy, które bez nadmiernego przegadania wizualnie czy reżyseryjnie same zostawiają widzowi pole do wyciągnięcia własnych konkluzji, lecz tu poza relacjami Joi z K oraz kwestią autentyczności wspomnień (oraz naszej w nie wiary) żaden z (pod)wątków nie jest tutaj szczególnie rozwinięty. Nawet akceptując spartańską naturę ekspozycji i maniakalną wręcz oszczędność przekazu werbalnego Villeneuve’a. Co więcej – po prostu centralna oś filmu, czyli możliwość zaistnienia ogromnego konfliktu i zaburzenia istniejącego status quo jest jedynie domniemana, a przedstawiona w taki sposób, że naprawdę nie potrafiło mi na tym w jakikolwiek sposób zależeć.

Film jest introspektywny i to w sposób bardziej świadomy niż oryginał ale niestety ta introspekcja nie do końca działa, bo wszystkie pozostałe postaci, które budują świat wokół K mają niewielki sens istnienia. Ostatecznie, nie sądzę, że dywagacje na temat „co jest prawdziwe” są niesamowicie ciekawym zagadnieniem, a szczególnie nie z perspektywy niszy, którą sobie utorował Blade Runner. Mam wrażenie, że cyberpunk może być najgorszym podgatunkiem w kinie do eksploracji tego typu problematyki. Znacznie ciekawiej ten aspekt przedstawiony był w czymś pokroju Videodrome Cronenberga bądź Drabinie Jakubowej. Choć jeden z podwątków w Blade Runnerze 2049 dotyczący wspomnień oficera K (Ryan Gosling) był niezwykle fascynujący i pełen narracyjnych zmyłek, choć żałuję, że z takim samym rozmysłem nie poprowadzono całej reszty. Z drugiej strony wiem też, że nie jest łatwo wyważyć świat, który operuje niemal wyłącznie w odcieniach szarości, ale z drugiej strony znam wiele filmów, w których żadna z występujących postaci nie była w jakikolwiek sposób sympatyczna i w zawzięty sposób unikają one najmniejszego śladu optymizmu, a uważam je za dzieła wybitne.

Blade Runner 2049 Officer K Ryan Gosling

Porównując film bezpośrednio do oryginału, to o ile kompozycja ujęć jest arcydziełem samym w sobie, to jednak wizualnie pierwsza część była w kwestii świata przedstawionego troszeczkę bardziej unikatowa. Głównie przez brak unikatowego elementu, jak przeplatywanie filmu noir z science-fiction i nie mówię tutaj oczywiście tylko i wyłącznie o samej oprawie. Jest za to sporo elementów bliższych motywom zawartym w wielu grach, jak w Falloutach czy też Deus Ex. Służą one dystansowaniu się od oryginału (także stylistycznemu), ale także mają uzasadnienie fabularne z racji tego, co się wydarzyło pomiędzy jedną a drugą częścią. Mimo wszystko – całościowo – Blade Runner 2049 ma więcej warstw niż oryginał i więcej perspektyw do których widz może się potencjalnie „zakotwiczyć”. Uważam jednak, że obraz twórcy Labiryntu, Sicario i Nowego Nadejścia nie sprawdza się w pełni jako samodzielny film, gdyż ewidentnym zamysłem Villeneuve’a jest to, abyśmy mogli pewne sprawy ze sobą powiązać, bądź na pewnych sytuacjach zależeć.

Blade Runner 2049 Niander Wallace Jared Leto

Odnośnie gry aktorskiej, trzeba powiedzieć, że większość ról jest odegrana w dość metodyczny sposób, szczególnie K i Luv, choć nie powiedziałbym, że jest to film napędzany przez rozbudowane linie fabularne poszczególnych postaci. Podlegają one raczej światu jako całości, choć szczerze mówiąc nie uświadczymy tutaj żadnych większych indywidualnych popisów. Oczywiście jest to podyktowane charakterem rzeczywistości przedstawionej w filmie i bardziej tym, że Villeneuve próbuje oddziaływać na widzu drogą totalnej emocji, aniżeli frykcji między poszczególnymi postaciami. Uważam, że na pewnej płaszczyźnie Ryan Gosling jako K sprawdził się, choć denerwowała mnie już z czasem fiksacja reżysera na twarz aktora i nadmierne jej eksponowanie, które – owszem stylistycznie niekiedy wypadało fajnie, szczególnie gdy znajdował się w pobliżu czegoś, co wizualnie przecinało spójność świata przedstawionego. Niemniej jednak wydaje mi się, że nie jest to dobry substytut narracji, nawet w filmie, który „pokazuje choć nie mówi”.

Blade Runner 2049 Joi Ana de Armas

Mimo wszystko, nie podobała mi się rola odgrywana przez Harrisona Forda i nie wstrzyknął w tę opowieść niczego nadzwyczajnego, lecz jedynie był wymogiem powiązanym ze zwrotem fabularnym. Co do Jareda Leto – widać było, że rola ta oryginalnie była pisana pod Davida Bowiego, a jego udział nie jest zbyt duży, a ponadto bardzo niewiele wnosi. Nie krytykuję jego gry aktorskiej jako takiej, czy aury, którą wprowadza, lecz jest on kolejnym rozczarowaniem na poziomie konstrukcyjnym świata w skali makro. Co do Joi granej przez Anę de Armas – wątek relacji między nią a K jest potencjalnie intrygujący i na pewnej płaszczyźnie działa, lecz mam wrażenie, że został on niezbyt umiejętnie zawiązany, przez co nie wywołał większego emocjonalnego „tąpnięcia”. Sylvia Hoeks jako Luv w ciekawy sposób uosabia socjopatię i amalgamat emocjonalnych sprzeczności, ale ostatecznie namacalność motywacji odgrywanej przez nią postaci jest zerowa. W postaci Any Steline czuć z kolei „humanistyczne” tchnienie Villeneuve’a, ale zważywszy na to, że jest też postacią wokół której cała linia fabularna się ostatecznie zawiąże, rozczarowująca jest ilość czasu na nią poświęcona.

Blade Runner 2049 Mackenzie Davis Mariette

Ostatecznie, Blade Runner 2049 to film, który angażuje widza na poziomie emocjonalnym nawet jeśli operuje mało wyczuwalnymi wątkami i nastrojami (z racji traktowania o syntetycznych ludziach, a także różnicach pomiędzy poszczególnymi androidami). Ba, robi to nawet z dużą odwagą i niemałą dozą wiary we własne uczuciowe bravado. Kilka z podwątków funkcjonuje tu całkiem sprawnie, na przykład wspominana wcześniej kwestia wspomnień, choć jako sieć wzajemnych zależności całość nieco zawodzi, nawet jeśli wyłaniają się w tej części nowe wątki, to nie wchodzą one w wyjątkową interakcję z tym, co już wyznaczyła poprzedniczka. Ot, faktycznie, może Gosling zamknięty w konwencji postaci, jaką ma grać, ma więcej głębi niż Ford w oryginale (o co nietrudno) i bywają momenty, kiedy blisko było mu do uchwycenia mojego zainteresowania, ale generalnie po prostu dodano kilka wątków więcej, przykryto je dwuznaczno-oszczędną aurą i zostawiono je tak, aby sobie pobieżnie zostały w tle. Uważam, że Scott w najnowszej, ekscentrycznej części Obcego: Przymierze podjął tematyki znacznie w kwestii AI ciekawszej i zadał bardziej intrygujące pytania egzystencjalne używając przy tym znacznie bardziej świadomego artystycznie arsenału zabiegów stylistycznych. Oczywiście nie mam zamiaru zestawiać tych dwóch filmów ze sobą na żadnej innej płaszczyźnie, lecz nadmieniłem ten aspekt z racji niezaprzeczalnej jego obecności w obydwu dziełach.

Blade Runner 2049 Officer K Ryan Gosling Rick Deckard Harrison Ford

W Blade Runnerze 2049 zabrakło dla mnie jakieś choćby najbardziej przemęczająco wplecionej puenty, utrzymanej w tonie kina autorskiego. Zabrakło czegoś, co sprawiłoby, że wsiąkanie w tę melancholijną, oniryczną atmosferę było warte też z głębszego punktu widzenia. Sama emocjonalność i kompozycyjna maestria dzieła Villeneuve’a może wystarczyłaby w innym filmie, nie obciążonym specyfiką gatunku, ale tutaj nie była w stanie wydźwignąć ją z deficytów, jakimi obarczony był oryginał. Był to bardziej tematyczno-filozoficzny krok w bok, nie naprzód (bardzo bliski tak lubianego przeze mnie słowa, jak „transcendencja” ale nope). Ostatecznie uważam, że będąc ograniczonym do przekłucia cudzych wspomnień we własnym stylu na coś nowego, Villeneuve – filmowiec moim zdaniem wybitny – nie mógł przypieczętować Blade Runnera 2049 swoim artystycznym tchnieniem. Niemniej jednak warto wyrobić sobie o filmie opinię we własny sposób – mimo wszystko jest on zrobiony bardzo „pod prąd” i nawet jeśli nie wszystkie zagadnienia was zaspokoją, warto dać szansę i spróbować wsiąknąć w ten świat niesamowitych kadrów i hipnotyzującej muzyki (wybrane kina także w Dolby Atmos!). Kto wie, może uda wam się tam znaleźć coś dla siebie bardziej zaspokającego, niż w moim wypadku…

(1062)

Jakub Krawczyński Z wykształcenia anglista i pedagog - lubuje się w rąbniętej muzyce i alienujących filmach. Podobno zna się na grach i dlatego bezwstydnie przyznaje się do tego w notce o sobie, bo i tak ich nikt nie czyta.

Comment(3)

  1. oglądałem w IMAX i film mnie totalnie zachwycił rewelka!
  2. Dobry dźwięk?

    Wysłane z mojego SM-N920C przy użyciu Tapatalka

  3. Jeśli chodzi o IMAX Sadyba to dźwięk rewelacja.

    W ogóle film jest znakomity! Wizualnie to jest majstersztyk, muzyka mega, nawet Gosling dał radę. Można się czepiać kilku elementów, że bezpośredni, że nie ma tajemnicy, że odpowiedzi są wbijane widzom do głów łopatą, ale jako całość ten film jest wyborny, dla mnie bezapelacyjnie najlepsze S-F ostatnich lat. Śmiało stawiam obok oryginału. Z wypiekami wyczekuję wydania UHD, bo wiem, że obejrzę ten film jeszcze nie raz.

    A jeszcze a propos jakości samego IMAX. Wielkość ekranu robi wrażenie, dźwięk bez zarzutu, ale czerń, a w zasadzie jej brak przyprawia o ból zębów...