Od zamierzchłych czasów byłem zagorzałym przeciwnikiem dwóch horrorowych serii - Piły, bowiem choć jedynkę naprawdę cenię, a dobrym gore nie pogardzę, to za torture porn delikatnie rzecz ujmując, nie przepadam, oraz głównego bohatera tego tekstu. I tak, jak po sprawdzeniu nowszej odsłony Piły tylko utwierdziłem się w swoich przekonaniach, tak tutaj sytuacja wyglądała zupełnie odwrotnie.
Owa franczyza grozy jest dla mnie niebywale ważna. Wie o tym każdy, kto kiedykolwiek zaglądał do mojego bio. Choć po niedawnej premierze Evil Dead Burn nadal mam trudności, z wykrzesaniem z siebie odpowiedniej dozy pozytywnych emocji, cofnijmy się wspólnie do roku 2023 i premiery projektu, który tchnął drugie życie w markę, która z bycia martwą już w latach 80. uczyniła swój znak rozpoznawczy.
Jeśli lubicie klasyczne potwory Universalu w nowoczesnym wydaniu, to powinniście rzucić na ten film okiem. No chyba, że już go widzieliście. Wtedy powtórnego seansu raczej nie proponuję.
Wygląda na to, że Warner naprawdę wierzy w sukces swojego nadchodzącego horroru. Szczególnie udostępniając bilety na niego w tym samym momencie, kiedy Supergirl zalicza nieszczególnie zadowalające otwarcie...
Jak pewnie świetnie wiecie, na początku lipca do kin zawita Evil Dead Burn, czyli spin-off Martwego zła, który funkcjonować będzie na podobnej zasadzie, co niedawne Evil Dead Rise z 2023 roku. A mianowicie - współczesne Deadite'y atakują współczesnych bohaterów we współczesnej scenerii. Jeśli po 2 (a w sumie to 3) razach z rzędu pomysł ten nie robi już na was najmniejszego wrażenia, to ta informacja powinna was ucieszyć!