Ten serial pochłonął nas bez reszty. Warto obejrzeć “Dept. Q” na Netflix!
“Dept. Q” to serial, który pochłonął nas bez reszty – już od pierwszych scen czujemy, że mamy do czynienia z produkcją niezwykle solidną, świetnie zrealizowaną i wciągającą.
Najlepszy serial 2025 roku na Netflix? Nasza recenzja “Dept. Q”
Historia skupia się na Carlu Morcku, detektywie, który po tragicznym incydencie, w którym stracił młodego kolegę, a jego partner został sparaliżowany, zostaje zdegradowany do nowo utworzonego Departamentu Q. Jest to jednostka zajmująca się “cold cases”, czyli nierozwiązanymi zaginięciami i morderstwami. Jego biuro mieści się w ponurej piwnicy komisariatu, co doskonale oddaje jego stan psychiczny – Morck jest zgorzkniały, cyniczny i przepełniony poczuciem winy. Jego pierwszą sprawą jest zaginięcie ambitnej prokurator Merritt Linguard sprzed czterech lat. Serial umiejętnie przeplata bieżące śledztwo zespołu Morcka z retrospekcjami z przeszłości Merritt, co pozwala nam powoli odkrywać kolejne warstwy tej mrocznej historii.
Obsada jest świetna, zwłaszcza Matthew Goode w roli Morcka. Był po prostu genialny! Mimo brody i zmęczonego wyglądu, udało mu się stworzyć postać niezwykle charyzmatyczną, choć na swój sposób nieprzystępną. Jego gra była wybitna, perfekcyjnie oddająca nielubialność Morcka. Pozostali aktorzy również stanęli na wysokości zadania. Alexej Manvelov jako Akram Salim, syryjski uchodźca i były policjant, stworzył doskonałą przeciwwagę dla Morcka. Ich interakcje były jedną z największych przyjemności podczas ogląania serialu. Chemia między nimi była dynamiczna, a ich wzajemne docieranie się i budowanie relacji to jeden z mocniejszych punktów tej produkcji. Leah Byrne jako kadetka Rose Dickson, borykająca się z PTSD, dopełniała ten barwny zespół, wprowadzając świeżość i wrażliwość.
Czym serial tak zachwyca? Przede wszystkim, to majstersztyk adaptacji. Widać, że Scott Frank, twórca “Gambitu Królowej”, wie, jak opowiadać historie – serial jest fantastycznie dobrze i rygorystycznie wykonany, czuć w nim tę solidność, której oczekujemy od rasowego kryminału. To po prostu bardzo porywająca historia, która nie pozwala oderwać wzroku. Aktorstwo? To osobny temat! Matthew Goode jako Carl Morck jest po prostu fenomenalny. Mimo że wygląda na zmęczonego i zaniedbanego, emanuje z niego magnetyczna charyzma. Nie da się go nie lubić, choć jest cyniczny i trudny w obyciu. To właśnie on jest czarnym, świecącym punktem serialu, jego sercem i duszą. Ale nie tylko on błyszczy – cała obsada jest pierwszorzędna, a chemia między Morckiem a jego asystentem, Akramem Salimem (Alexej Manvelov), to czysta przyjemność. Widzimy, jak ta pozornie niepasująca do siebie dwójka tworzy zgraną ekipę, która z czasem staje się coraz cieplejsza.
Co więcej, serial to nie tylko śledztwo. To głębokie studium postaci. Widzimy, jak Morck mierzy się ze swoim poczuciem winy, jak powoli uczy się ponownie widzieć i akceptować innych ludzi. To bogate, psychologiczne badanie bólu, które sprawia, że bohaterowie stają się nam bliżsi. Sama narracja jest gęsta, kręta i sprytnie skonstruowana. Tempo jest spokojne i pewne siebie, co pozwala nam w pełni zanurzyć się w złożony labirynt intryg. Serial jest wciągający od początku do końca, a mroczny styl i atmosfera Edynburga, z jego gotycką architekturą, doskonale zastępują skandynawską ponurość. Ten mroczny noir z niepokojącymi detalami po prostu porywa.
Nie możemy zapomnieć o scenariuszu i dialogach. Są ostre, zwięzłe i pełne sarkazmu Morcka, co dodaje serialowi humoru mimo jego ponurego tonu. Rozmowy Morcka z terapeutką czy jego byłym partnerem są prawdziwymi perełkami. A na deser – ten serial ma ogromny potencjał na przyszłość! Z dziewięcioma kolejnymi powieściami do adaptacji, “Dept. Q” stworzył bogaty świat i różnorodne głosy, które mają jeszcze wiele do powiedzenia.
Ale pierwszą z rzeczy, która trochę nas zbiła z tropu, to Matthew Goode w roli Morcka. Tak, wiemy, chwaliliśmy go, ale jego zwyczajowa elegancja i seksowność momentami utrudniały uwierzenie, że jest on takim… trochę łajdakiem – czasem zastanawialiśmy się, czy nie byłoby ciekawiej, gdyby Morcka zagrał ktoś naprawdę niechlujny, kto od razu pasowałby do tego wizerunku. Serial jest też, nie oszukujmy się, nieco powolny. Siedem godzin w dziewięciu odcinkach to sporo czasu, a jeśli ktoś oczekuje szybkiej akcji i dreszczyku emocji co pięć minut, może się znużyć. Oryginalny duński film trwał zaledwie 96 minut – to spora różnica w podejściu.
Momentami serial bywał zbyt gadatliwy. Czasem miało się wrażenie, że dialogi przeważają nad akcją i śledztwem, a niektóre z nich wydawały się wymuszone i płaskie, co potrafiło wybić z rytmu. Pojawiały się też niewykorzystane potencjały. Na przykład, śledztwo w sprawie strzelaniny, która tak bardzo wpłynęła na Morcka, prowadzi jakiś nijaki detektyw, co sprawia, że ten ważny wątek traci na znaczeniu i nie angażuje tak, jak powinien. I niestety, zagadka staje się przewidywalna. Chociaż początkowo intrygująca, już po dwóch, trzech odcinkach mieliśmy wrażenie, że wiemy, kto jest winny, co trochę psuło element zaskoczenia. Niektóre mechanizmy fabuły były wręcz naciągane i trudne do uwierzenia. Bywały momenty, że ekstremalne skoki fabularne i psychologiczne skojarzenia, które prowadziły do rozwiązania sprawy, były dla nas po prostu zbyt abstrakcyjne i ciężko było w nie uwierzyć.
Serial nie zawsze nagradza cierpliwości. Mimo że jest głęboko intensywny i złożony, nie wszystkie zwroty akcji przynoszą oczekiwaną satysfakcję, a czasami miało się wrażenie, że serial zbyt długo zwleka z finałem, ale satysfakcja po obejrzeniu całości jest naprawdę spora. Serial potrafi wciągnąć, ma znakomity klimat i przekonującą obsadę. Nic dziwnego, że jest tak popularny. Nowe sezony wydają się więc formalnością.
Zobacz więcej:
- Co nowego na Netflix, Prime Video, Apple TV+? Najlepsze premiery tego tygodnia!
- Filmowe dzieło sztuki powraca. Po 25 latach w 4K! Gdzie obejrzeć?
- Ten serial porwał cały świat. Będzie 2. sezon! W Polsce tylko w jednym miejscu
- Za chwilę Disney+ odzyska swój WIELKI HIT! Nowy sezon lada moment
- SkyShowtime pokazuje moc! Oto 3. sezon najbardziej wyczekiwanego sci-fi roku!





Bardziej idiotyczny ale też nudny i naciągany do absurdu. Motyw złoczyńcy jest tak absurdalny, że tylko brakowało aby co chwilę wybuchał szatańskim śmiechem. No i dziewczyna trzymana w jakiejś konstrukcji ciśnieniowej, jaaaassne, trzymanie w piwnicy jest już passe a schrony atomowe były akurat zajęte przez złoli od Bonda