Lubicie filmy sportowe? W takim razie seans tej trylogii jest dla was wręcz obligatoryjny. Nawet jeśli jej kultowego protoplastę pamiętacie jak przez mgłę!
Adam Sandler i Netflix dogadują się nad wyraz dobrze. Po tym, jak na platformę po latach zawitał Happy Gilmore 2, nadeszła pora na reinkarnację innej kontynuacji z szafy komika.
Główny bohater tego tekstu od lat pozostaje dla mnie zagadką - niby wiem, że istnieje, niby wiem, o czym jest, ale nigdy nie udało mi się poznać osoby, która faktycznie by go obejrzała, a i ja sam nigdy się do tego nie przekonałem. Ale jeśli w produkcji znajduje się już 6 odsłona tej serii, to chyba dla kogoś muszą one powstawać, prawda?
Avatara możemy rozumieć dwojako. Przynajmniej jeśli na wstępie odrzucimy definicję gamingową. Jeśli macie pecha w życiu, to jest to dla was trylogia koszmarnie nudnych filmów Jamesa Camerona o niebieskich koto-ludziach. Jeśli jednak podjęliście nieco lepsze wybory na swojej drodze życiowej, to Avatara nie zapisujecie przez v ale przez w!
Od zamierzchłych czasów byłem zagorzałym przeciwnikiem dwóch horrorowych serii - Piły, bowiem choć jedynkę naprawdę cenię, a dobrym gore nie pogardzę, to za torture porn delikatnie rzecz ujmując, nie przepadam, oraz głównego bohatera tego tekstu. I tak, jak po sprawdzeniu nowszej odsłony Piły tylko utwierdziłem się w swoich przekonaniach, tak tutaj sytuacja wyglądała zupełnie odwrotnie.
Ja też uwielbiam. Czyni mnie to Polakiem? Dobrze, że wreszcie seria ta powróciła na streaming. Choć jej najnowszą odsłonę od dłuższego czasu możecie odnaleźć w katalogu SkyShowtime, to co klasyka, to klasyka. Szczególnie taka dostępna nawet przez Netflixa!
Nieszczególnie szybko, ale teraz wszystkie elementy slasherowej układanki zaczęły układać się w jedną logiczną całość. Halloween - powróciło, Krzyk - powrócił, Teksańska masakra - powraca, Piątek trzynastego - powraca, przyszła zatem najwyższa pora na powrót Koszmaru z ulicy Wiązów!