Home Gry na PC Wolfenstein: Youngblood | RECENZJA | Trochę świeżej krwi, ale i trochę napsutej
Wolfenstein: Youngblood | RECENZJA | Trochę świeżej krwi, ale i trochę napsutej

Wolfenstein: Youngblood | RECENZJA | Trochę świeżej krwi, ale i trochę napsutej

517
0

Zmiana formuły – więcej swobody, ale…

Co do zabawy na dwa wieczory – tutaj Youngblood ostatecznie nie odbiegł od moich oczekiwań. Ważniejszą jednak kwestią jest to, czy był to czas dobrze spędzony? Moja odpowiedź nie jest jednoznaczna…

Wolfenstein: Youngblood

Do tej pory gry z serii Wolfenstein kojarzyły mi się z sianiem spustoszenia dorównującego nośności heavy-metalowej muzyki Micka Gordona. Z naciskiem na dzierżenie dwóch güwehr w rękach. Jako mordercza maszyna bojowa do ubijania naziolów w ciele BJ Blazkowicza czuliśmy się wszechpotężni.

Cóż… jeśli lubiliście to uczucie, to możecie się z nim pożegnać.

Zostało ono rozcieńczone i rozczłonkowane, po czym Arkane ulepiło z niego strukturę w formie gry-jako-usługi a’la The Division. Youngblood przy okazji odziedziczył część najbardziej irytujących cech tego typu produkcji, a więc przede wszystkim przeciwników w formie “gąbek na kule”. Moim zdaniem to zaprzeczenie tego, co reprezentował sobą do tej pory Wolfenstein. Tym bardziej, że seria ta słynęła ze znakomitego feelingu strzelania, a sztuczne przedłużanie walk umniejsza na znaczeniu wypracowanej wcześniej mechanice. W teorii oponenci mają różnego typu słabości na różnego typu pociski, ale biorąc pod uwagę to jak szybko kończy się amunicja, nierzadko pozostajemy bez właściwego typu, sfrustrowani.

Wolfenstein: Youngblood

Z drugiej strony, nie sposób jednak nie zauważyć zmian wprowadzonych zarówno do rozgrywki, jak i tonu opowieści. Youngblood wprowadza elementy rozwoju postaci, jak i daje graczowi możliwość usprawnienia ekwipunku. Krytykowana przeze mnie wcześniej walka z czasem zyskuje kolorytu. Niektóre bronie zmieniają przez to swoje właściwości i wtedy również walka nabiera różnorodności. Szkoda jednak, że momenty te następują dopiero pod koniec gry. Niestety, gdy wydaje się, że rytm będzie zachowany aż do finiszu, Youngblood rzuca nam jedną z najbardziej niedorzecznych walk z bossami.

Wprowadzone w tej odsłonie siostry Blazkowicz odświeżają fabularny ton i zapewniają odmienną dynamikę relacji z postaciami. Jako że Jess i Soph działają zawsze wspólnie, to ich przygody wypełnione są nieustannymi docinkami i afirmacją siostrzanej miłości. Właściwej fabuły jest tu jednak niewiele, więc jedyne co scenarzystom najbardziej udało się tu zaakcentować to ich osobowość. Historia jest wygodnie spięta początkową i końcową klamrą, a esencję gry stanowi rozgrywka solowa bądź kooperacyjna. Te dwa elementy składowe nie wchodzą sobie w drogę, co z jednej strony można odbierać jako zachowawcze, a z drugiej – jako świadome posunięcie, będące zamierzonym kompromisem.

Wolfenstein: Youngblood

Jeśli chodzi o konstrukcję gry, wstawki przerywnikowe witają nas jedynie na początku, tuż przed przedostatnią misją oraz na samym końcu. Kwintesencją rozgrywki jest seria zadań pobocznych i głównych, przyjmowanych od członków ruchu oporu w umiejscowionym w centrum Paryża punkcie wypadowym.

Początkowo to podejście wydaje się świeże, ale powtarzalność szybko daje się we znaki. Jest ona oczywiście mniej uciążliwa w rozgrywce kooperacyjnej. Jeśli jednak spodziewaliście się satysfakcjonującego single-playera, to kontrolowany przez Czwartą Rzeszę Paryż nie okazał się do tego najlepszym adresem. Mamy tutaj co prawda nieco swobody i dowolności w wykonywaniu misji, ale wszystkie z nich są wydmuszkami ulepionymi z tych samych, generycznych elementów, służącymi do wydłużenia czasu gry. Bardzo szybko straciłem złudzenie, że odnajdę tutaj jakieś skrawki fabularne, bo ich po prostu nie było.

Wolfenstein: Youngblood

Skłoniło mnie to zarazem do skupienia się do wykonywania misji głównych, które… okazały się rajdami w stylu Destiny / Division. Jakże inspirujące. Jedynie ostatnia wizyta w Laboratorium X była połączona zarazem z elementem narracyjnym, a przez to znacznie bardziej angażująca.

Niestety ta synteza mechaniki loot-shotera ze szczątkowymi elementami fabularnymi faworyzuje rozgrywkę co-op. W tej formie gameplay jest znacznie bardziej satysfakcjonujący (choć niewybitny). Ostatecznie próba potraktowania Youngblood jako “mięsistej” gry dla pojedynczego gracza skończyła się u mnie rozczarowaniem.

TV Philips PUS8804 Bowers&Wilkins | PIERWSZE TESTY |

(517)

Jakub Krawczyński Gram od 1991, kocham moje hobby więc mam wszystkie konsole. Niemniej fascynuje mnie świat filmu, technologii i popkultury ogólnie, a poza dobrym kinem samym w sobie, doceniam także świetną jakość obrazu - tak w grach, jak i filmach.
REKLAMA: Automatyczne przekierowanie nastąpi za 20 sekund Przejdź do HDTVPolska teraz »