Co to jest za seans na Max! Oceniamy nowy film “Mountainhead” od twórcy “Sukcesji”
Max rozpoczyna czerwiec z przytupem – oceniamy nowy film “Mountainhead” od twórcy “Sukcesji”. Co to jest za seans!
Film “Mountainhead” na Max – nasza recenzja
To produkcja, która od samego początku budziła w nas ogromne zainteresowanie, głównie ze względu na nazwisko twórcy – Jessego Armstronga. Człowieka odpowiedzialnego za kultową “Sukcesję”, serial, który zrewolucjonizował nasze postrzeganie świata ultra-bogatych. Dlatego też, widząc “Mountainhead”, czuliśmy się jak w domu – ten sam błyskotliwy, cięty dialog, to samo bezkompromisowe obnażanie ludzkich słabości i ta sama, niepokojąca wiara w to, że najgorsi ludzie zawsze znajdą sposób na to, by wyjść na swoje.
Fabuła “Mountainhead” jest niczym zgrabny, szklany dom, który wita nas luksusem, by za chwilę ukazać swoje pęknięcia. Czterech przyjaciół-miliarderów spotyka się na weekendzie pokerowym w odosobnionej, szklanej rezydencji Hugo w Utah. Wszystko dzieje się na tle globalnego chaosu wywołanego przez Venisa – geniusza AI, który wypuścił na świat niedopracowane oprogramowanie do głębokich fałszerstw. Efekt? Dezinformacja, konflikty i upadające gospodarki. Dla naszych bohaterów ten armagedon to jednak nie problem, a jedynie okazja do pomnożenia fortuny i władzy.
Obsada to prawdziwa crème de la crème. Cory Michael Smith jako Venis, prezes firmy AI i najbogatszy człowiek na świecie, jest idealnie odrażający w swojej ignorancji i nihilistycznym podejściu do rzeczywistości. Jego postać to miks Elona Muska i Marka Zuckerberga – z tą “ulotną wrażliwością” i niepohamowaną potrzebą afirmacji męskości. Jason Schwartzman wciela się w Hugo Van Yalka (zwanego “Souper” lub “Soup”), gospodarza spotkania i twórcę aplikacji do medytacji. Jego postać to “najbiedniejszy miliarder w grze”, co już samo w sobie jest zabawne. Steve Carell jako Randall, inwestor venture capital, który zmaga się ze śmiertelną chorobą i desperacko szuka sposobu na oszukanie śmierci poprzez przesłanie ludzkiego mózgu do AI, jest poruszający i irytujący jednocześnie. Mamy tu wyraźne echa Petera Thiela. Na koniec Ramy Youssef jako Jeff, twórca super-skutecznej technologii AI, która ma być “lekarstwem na info-raka” – jego zawsze szczera mina idealnie pasuje do roli. To właśnie ci aktorzy sprawiają, że nawet tak przerysowane postacie stają się wiarygodnie okropne.
Jak już wspomnieliśmy, nazwisko Armstronga to klucz do zrozumienia “Mountainhead”. Nie tylko dlatego, że jest scenarzystą i reżyserem, ale dlatego, że “Mountainhead” to produkcja przesiąknięta jego DNA. Pamiętacie ten szybki, elokwentny, często profaniczny dialog z “Sukcesji”? Jest i tutaj. Brutalne wyczucie dynamiki władzy, talent do kreatywnych wulgaryzmów i ta niezachwiana wiara w to, że źli ludzie zawsze wygrywają. To wszystko sprawia, że film jest spójny, ostry i inteligentny, nawet jeśli momentami trochę za bardzo “sukcesyjny”.
“Mountainhead” to satyra, która trafia w sedno. Film jest niesamowicie aktualny i rezonuje z naszą high-techową rzeczywistością. Armstrong z precyzją obnaża cienką granicę między tymi, którzy rzekomo sprawują władzę, a tymi, którzy faktycznie pociągają za sznurki. Film zgrabnie przechodzi od satyrycznego dramatu do absurdalnej czarnej komedii, a dzięki szybkiemu tempu kamery i dialogów nigdy nie czujemy się klaustrofobicznie, mimo że akcja rozgrywa się w jednym miejscu. Obserwowanie, jak Armstrong punktuje wady bohaterów, jest głęboko satysfakcjonujące. Sceny, w których miliarderzy próbują spiskować, dostarczają salw śmiechu wynikających z ich absolutnej niekompetencji. Mimo niższych ambicji niż “Sukcesja”, “Mountainhead” ma ostrze i erudycję, by osiągnąć swój cel – z gryzącymi odniesieniami do filozofii moralnej i bieżących wydarzeń.
Czasami jednak czuliśmy, że film jest zbyt zarozumiały, by wysnuć jakiś prawdziwy wniosek. Ta wszechobecna autopromocja, która graniczy z pretensjonalnością, potrafiła znużyć. Poza tym, rynek satyry na ultra-bogatych jest już mocno nasycony, co wywołuje u nas pewne zmęczenie. Oglądanie kolejnego filmu o zepsutych bogaczach staje się nużące, a satyra o bogatych zaczyna przynosić malejące zyski. W przeciwieństwie do “Sukcesji”, “Mountainhead” brakuje głębi i niuansów. Postacie są ostrymi karykaturami, ale nie do końca wiarygodnymi ludźmi. Nie mają czasu na rozwinięcie psychologicznych niuansów, które sprawiły, że rodzina Royów była tak niezapomniana. Brakowało nam perspektywy kogoś z zewnątrz – dziewczyny, byłej żony, asystenta, by zrównoważyć ten wszechobecny punkt widzenia, który już i tak zajmuje zbyt wiele miejsca w sferze publicznej.
Po seansie, pomimo wszystkich zalet, pozostaje w nas nuta niedosytu. “Mountainhead” to film, który zasługuje na najlepszą oprawę, a tymczasem dostępny jest jedynie w HD z dźwiękiem 5.1. Serio? W 2025 roku? Brak 4K, Dolby Vision i Dolby Atmos to dla nas, kinomanów, prawdziwa katastrofa. Nawet przy takiej produkcji, która stawia na ostry, błyskotliwy dialog i wizualne niuanse (ten szklany dom w Utah!), taka oprawa mogłaby podnieść wrażenia z seansu na zupełnie inny poziom. To naprawdę szkoda, bo “Mountainhead” ma potencjał, by być czymś więcej niż tylko kolejną dobrą satyrą. Czyżby twórcy sami zapomnieli o znaczeniu “innowacji” w kontekście technologii kinowej?
Zobacz więcej:
- Kultowy bohater wraca po 30 latach! Fani w euforii po zwiastunie nowego filmu Netflixa
- Nowy fenomen na Max! Wszyscy to oglądają, choć nikt nie wie dlaczego
- Kultowy detektyw wraca na ekrany! Netflix pokazał zwiastun 3. części światowego HITU!
- Filmowy HIT za chwilę zostanie USUNIĘTY z serwisu Max! Masz czas tylko do końca tygodnia
- Wstrząsający thriller, który wciąga bez reszty. Serial-fenomen jest już dostępny w Polsce! Gdzie?


