Wróciłem do domu tak około 4 nad ranem z koncertu AC/DC i ....
Jak śpiewał nieodżałowany Ronnie James Dio : "Long Live Rock'n'roll"!! Czad! Nic nie zastąpi koncertu na żywo - najlepsze nawet BD z super dźwiękiem itp. !
Mimo, że nie byłem (i nie jestem) hiper-fanem kangurów to wczorajszy koncert był przedni. Widać różnicę pomiędzy starymi kawałkami a tymi z nowej płyty - niestety. Tak zresztą odbierała to publika (przynajmniej ta najbliżej mnie) : reakcja na TNT, HighVoltage, Who Lotta Rosie czy Back in Black, Thunderstruck była znacznie cieplejsza niż na BlackIce czy inne nowe kawałki.
A generalnie to dla mnie to był "One-Man-Show" i bynajmniej nie wokalisty (no cienko...) ale Angusa (choć też nie jest on wirtuozem gitary... co było widać i słychać przy solowej partii koncertu). Ale to tylko rock'n'roll !!. A łatwość komponowania riffów - przejdzie do historii bez wątpienia.
Niestety wokalista Brain Johnson ma zerową charyzmę, zero kontaktu z publiką poza "Hello", "OK", "All right" i ... tyle. Odwrotnie do Angusa - choć nic nie mówił, to jego popis na Jack był rewelacyjny. Cała reszta ekipy (sekcja i gitara rytmiczna) to po prostu super dobrze skonstruowana idealnie zgrana i naoliwiona maszyna.
Ale pierwsze dźwięki Thunderstruck, Whole Lotta Rosie czy popis na Jack były czymś niezapomnianym. No i było głośno

I jeszcze jedna sprawa : podobał mi się przekrój wiekowy uczestników od dziadków i babć około 50-60 przez ludzi "w średnim wieku" przez masę licealisto-gimnazjalistów aż po 8-9-10 latków z rodzicami (i dziadkami chyba..)
No i nie byłem najstarszy, ani - niestety - najwyższy

I te kilometry do przejścia .... od samochodu i do sceny.
pzdr